Strona główna > Opowiadania > “Winston Watson i nieprawda ekranu” – opowiadanie

“Winston Watson i nieprawda ekranu” – opowiadanie

Poniższy tekst jest kontynuacją cyklu o tropicielu z Nowej Moskwy, znanego z łamów Science Fiction Fantasy i Horror.

 

Winston Watson i nieprawda ekranu

O umówionej godzinie Winston Watson pojawił się w budynku wytwórni filmowej. Sekretarka o aparycji plażowej miss zaprowadziła go na odpowiednie piętro, a następnie pod właściwe drzwi. Zapukała, a gdy nikt nie odpowiedział, zajrzała do środka. Potem popatrzyła na tropiciela zakłopotanym wzrokiem.
- Proszę wybaczyć – zaszczebiotała – pan Deakins gdzieś wyszedł. Zechce pan na niego zaczekać?
- Obawiam się, że nie mam wyboru – odparł Watson.
Dziewczę zachichotało, zatrzepotało rzęsami i, wpuściwszy gościa do pokoju, oddaliło się w nieznanym kierunku.
Tropiciel rozejrzał się po pomieszczeniu. Przypominało skrzyżowanie biura z pokojem nastolatka. Na środku stało biurko, niemal ginące pod stosami papierów, fiszek i kolorowych magazynów. Ze ścian spozierały portrety gwiazd kina w efektownych pozach. Pobliski regał uginał się pod ciężarem rozmaitych pamiątek – od filmowych klapsów, po trofea z zawodów sportowych. Tuż obok stał zaś najprawdziwszy automat do gry, żywcem przeniesiony z salonu.
Watson przyjął ten eklektyzm z wyrozumiałością. A gdy zaczął wypatrywać miejsca, gdzie mógłby przycupnąć, w drzwiach stanął gospodarz. Tropiciel musiał przyznać, że idealnie pasował on do swej siedziby. Był może czterdziestolatkiem, ale nosił trampki, wytarty sweter i miał rozczochraną, tlenioną fryzurę. Na pierwszy rzut oka przypominał dzieciaka, który przebrał się za mężczyznę.
- Siemasz, człowieku! – rozpromienił się przebieraniec. – Długo czekasz?
- Dopiero przyjechałem – odparł tropiciel.
Tamten podszedł do Winstona i żywiołowo uścisnął mu dłoń.
- Jestem Red Deakins. Dla przyjaciół Red. Człowieku, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przyszedłeś!
- Bardzo mi miło – odparł tropiciel, nieprzywykły, by ktoś z takim uporem podkreślał jego człowieczeństwo.
- Zaraz ci skołuję jakieś siedzisko – gospodarz jął rozglądać się po swym królestwie. W końcu wytoczył zza biurka obrotowe krzesło i podsunął je Watsonowi. – Z braku laku – wyjaśnił.
Tropiciel spoczął, a tymczasem Red wskoczył czterema literami na pobliski blat, wywołując lawinę papierzysk. Zająwszy miejsce, klasnął w dłonie i spojrzał na swego gościa.
- No to do roboty. Wiesz, dlaczego zostałeś tu zaproszony?
- Przyznaję, że nie do końca. Choć, jak rozumiem, kręcicie jakiś film…
- Bingo, człowieku! Witaj w Moscwoodzie! Może to miejsce nie wygląda jak studio, ale pamiętaj, że pozory mylą.
Watson pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Oczywiście tutaj jest tylko zaplecze – kontynuował gospodarz. – Papierkowa robota, podpisywanie kontraktów i różne takie. Na plan pójdziemy później.
- Nie mogę się doczekać.
- Oprowadzę cię z honorami. Ale najpierw ci wyjaśnię, o co dokładnie chodzi. Widzisz, jest pomysł, są aktorzy, ale ciągle czegoś mi brakuje. A jako reżyser muszę mieć pewność, że…
- To pan jest reżyserem? – Watson uniósł brew.
- Jasne. A nie wyglądam? – roześmiał się tamten.
- Proszę wybaczyć, jest pan pierwszym reżyserem, jakiego spotkałem – dyplomatycznie rzekł tropiciel. – Nie mam porównania.
„Przecież mu nie powiem, że wygląda najwyżej jak asystent oświetleniowca”, pomyślał w duchu.
- Nic się nie stało. Ale mam prośbę, skończ z tą kurtuazją, mów mi Red.
- W porządku, Red. A więc o czym jest ten twój film?
- O tropicielach – bez ogródek odparł tamten.
- Nie przestajesz mnie zaskakiwać.
- I to chodzi, człowieku – Red uśmiechnął się z satysfakcją. – W dechę temat, co?
- Interesujący, nie przeczę – przyznał Winston, zastanawiając się, który aspekt jego działalności zawodowej jest najbardziej w dechę.
- Wiesz, szukałem oryginalności i nagle mnie olśniło. Dlaczego nikt nie nakręcił jeszcze filmu o tropicielach? Wielu ludzi nawet o was nie słyszało! Zacząłem przygotowania. Trochę poszperałem, napisałem scenariusz, wywalczyłem forsę. Gdy w końcu udało się zebrać ekipę, zaczęliśmy próbne zdjęcia. I nagle zgrzyt.
- Dlaczego?
- Coś było nie tak. Brakowało detali. A diabeł tkwi w szczegółach.
- Rozumiem – tropiciel pokiwał głową, w istocie rozumiejąc niewiele. – A co ja mam robić?
- Cóż, potrzebujemy kogoś, kto siedzi w temacie. Chciałbym, żebyś pobył trochę na planie, poobserwował i powiedział, co trzeba zmienić. Aktorzy będą chcieli z tobą pogadać. Spotkanie z prawdziwym tropicielem sprawi, że lepiej wczują się w role.
- Innymi słowy, potrzebujecie konsultanta?
- Dokładnie, człowieku! – rzucił reżyser, celując w rozmówcę palcem.
- Cóż, chętnie pomogę, choć nie jestem pewien, czy można mnie uznać za reprezentatywnego przedstawiciela mego fachu.
- Wyluzuj, na pewno sobie poradzisz.
- A czemu zawdzięczam fakt, że padło akurat na mnie?
- W sumie niczemu – Red wzruszył ramionami. – Otworzyłem książkę telefoniczną na liście tropicieli i wskazałem nazwisko na chybił-trafił. Jest was w mieście może pięciu, więc miałeś dwadzieścia procent szans.
- Lepiej niż na loterii.
- To nie loteria, człowieku. To przeznaczenie – odparł filmowiec z satysfakcją.
- No dobrze – westchnął Watson. – Skoro już tu jestem, zobaczę, co mogę zrobić.
- W dechę, człowieku!
- Mam tylko jedna prośbę.
- Jaką?
- Byłbyś łaskaw przestać mówić do mnie “człowieku”?
- Eee… no… jasne – zmieszał się reżyser. – Nie ma sprawy. Wybacz, stary.
To będzie długi dzień, pomyślał Watson.

***

- Cięcie! – ryknął Red, zrywając się z małego, składanego krzesełka. Wbiegł przed kamerę i jął tłumaczyć coś skonsternowanym aktorom, gestykulując zamaszyście.
Tropiciel stał na uboczu i przyglądał się zajściu.
Hala zdjęciowa, w której się znajdowali, rozmiarami przypominała lotniczy hangar. Wypełniała ją plątanina ścianek działowych, układających się w labirynt przeróżnych dekoracji. Był tam elegancki salon z kominkiem, wiejska kuchnia, warsztat z rozklekotaną furgonetką, a nawet piwnica pełna beczek wina. Większość pomieszczeń nie miała sufitu i co najmniej jednej ściany, by filmowcy mieli pole manewru.
Aktualnie ekipa tłoczyła się w zakątku imitującym sypialnię. Kudłaty dźwiękowiec pocił się, trzymając pałąk mikrofonu, a gaffer miotał się jak w ukropie co rusz przekładając jakieś kable. Na łóżku siedziała atrakcyjna brunetka w zwiewnej koszuli nocnej. Nieopodal stał zaś nieogolony jegomość w czarnym swetrze i czarnych rękawiczkach. Red właśnie tłumaczył mu, jak powinien zabrać się do duszenia ofiary.
- Intensywniej! – krzyczał. – Masz wyglądać jak cholerny świr! Nie przyszedłeś do tej kobiety, żeby jej śpiewać pod oknem!
- Wiem, ale… – bronił się aktor.
- Wiem, że wiesz, ale nie rozumiesz wizji! – twarz reżysera poczerwieniała z nerwów. – Chcę więcej wyrazu! Masz zrobić taką minę, żeby się operator wystraszył!
Kamerzysta mruknął coś zza obiektywu, wywołując wesołość u dźwiękowca i gaffera.
- Cisza na planie! – Red powiódł wzrokiem dookoła.
Watson stłumił ziewnięcie. Co prawda nie podejrzewał swego nowego znajomego o tak wybuchowy temperament, ale po godzinie widowisko zaczęło go nużyć. Na dodatek nie miał nic do roboty, bowiem aktor grający tropiciela jeszcze nie zdążył się pojawić.
- Spróbujmy jeszcze raz – zachęcił reżyser spokojniejszym głosem i wrócił na krzesełko. – Gotowi… Akcja!
Kobieta na łóżku zaczęła krzyczeć, przerażona. Dusiciel wyciągnął przed siebie dłonie i ruszył w jej stronę z upiornym grymasem na twarzy. Wtem zahaczył butem o krawędź dywanu. Runął, rozpaczliwie machając rękami, i wpakował się czołem w dekolt niedoszłej ofiary.
Rozległy się nerwowe chichoty. Od razu jednak zagłuszyło je jedno, grzmiące słowo:
- Cięcie!

***

Watson stał z Redem obok dekoracji imitującej sklep kolonialny i popijał gorącą herbatę z kubka z napisem “Hollywood”. Reżyser dopiero co zarządził przerwę, by zebrać myśli i członkowie ekipy rozeszli się po wszystkich kątach.
- Coś niewyraźnie wyglądasz – zauważył.
- Muszę przyznać, że wyobrażałem sobie to wszystko trochę inaczej – odrzekł Watson.
- Chodzi o tę nieszczęsną scenę? To kluczowy moment. Może nie zaczęliśmy jej najlepiej, ale w końcu nam wyjdzie.
- Nie wątpię w wasz upór. Mam jednak nadzieję, że w końcu się do czegoś przydam.
- Spokojna głowa, jest w scenariuszu kilka fragmentów, które chciałbym z tobą skonsultować.
- Znakomicie – tropiciel pociągnął łyk napoju. – W zasadzie mógłbym rzucić okiem na tekst już teraz.
- Cóż… – zawahał się Red.
- O co chodzi?
- O względy bezpieczeństwa – wyznał reżyser, z niejakim zakłopotaniem.
- Jak to? – zdziwił się Watson.
- Widzisz, ten tekst jest dla mnie bardzo cenny. Mam tylko jeden, oryginalny egzemplarz i strzegę go jak oka w głowie.
- A co z aktorami? – tropiciel miał wrażenie, że limit dziwnych sytuacji przewidzianych na ten dzień powoli zaczynał się wyczerpywać. – Improwizują?
- Oczywiście, że nie. Ale na kilkanaście godzin przed realizacją każdej sceny dostają kopie stosownych fragmentów do wyuczenia.
- Wydzielasz im scenariusz po kawałku?
- Dokładnie tak. W ten sposób wszystkie moje pomysły będą bezpieczne tak długo, jak to tylko możliwe. Oczywiście w końcu nakręcimy całość i wszystko nabierze sensu, ale wtedy będzie już za późno.
- Na co?
- Na podprowadzenie najlepszych rozwiązań.
Watson pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Boisz się, że ktoś podkradnie ci pomysły?
- Przez cały czas, stary – Red zrobił minę człowieka steranego niewyobrażalnym cierpieniem. – Przez cały cholerny czas.
Tropiciel włożył wszystkie siły w to, by zachować powagę. „Tylko się nie śmiej”, upominał się w duchu. „Pamiętaj, że rozmawiasz z artystą. To wrażliwi ludzie.”
- Rozumiem – odparł z empatią. – To okropne, gdy ktoś czyha na twory cudzego geniuszu.
Red spojrzał nań z takim przejęciem w oczach, że Winston aż się przeraził. Wtem jednak reżyser niespodziewanie się rozpromienił.
- Nareszcie ktoś, kto mnie rozumie! – zakrzyknął, klepiąc tropiciela w ramię. Watson z ulgą odebrał fakt iż wypił już całą herbatę, gdyż od owego kuksańca z pewnością oblałby się nią.
- Cała przyjemność po mojej stronie – odparł, odstawiając kubek na pobliski blat.
Red chciał coś dodać, ale jego wzrok padł na poruszenie w dalszej części hali.
- A oto i nasz gwiazdor!
Winston powiódł wzrokiem w rzeczonym kierunku i zaniemówił. Mężczyzna, który się do nich zbliżał, miał ponad dwa metry wzrostu i ramiona o szerokości portowej suwnicy. Przy nim nawet komisarz Doyle wyglądałby jak wymoczek. Jegomość nosił skórzaną, motocyklową kurtkę, a szeroki kark, który z niej wystawał, płynnie przechodził w krótko ostrzyżoną głowę, nadając czubkowi ciała mężczyzny stożkowaty kształt.
Olbrzym podszedł do nich.
- Oto Sylwester Bergmann – przedstawił go Red. – Nasz tropiciel.
Przybysz uścisnął dłoń Watsona z subtelnością godną zgniatarki do złomu.
- Miło mi – zadudnił.
- Mnie również – odparł ściskany, uśmiechając się z wysiłkiem.
Winston znał osobiście wszystkich nowomoskiewskich tropicieli. Żaden z nich nie przypominał samobieżnej góry mięśni. Skąd u licha Red go wytrzasnął?
- To dla mnie zaszczyt – zagrzmiał Sylwester. – Zawsze chciałem poznać prawdziwego tropiciela.
- Służę wszelką pomocą – Watson kurtuazyjnie skinął głową.
- Jestem taki szczęśliwy – twarz olbrzyma rozciągnęła się w koślawym uśmiechu. – Moje aktorstwo bardzo na tym zyska.
- Na pewno – wtrącił Red. – Gotów do akcji?
- Się wie!
- Więc zasuwaj do garderoby i działamy.
- To ja zaraz wracam – Sylwester ukłonił się Winstonowi i ruszył w kierunku zaplecza. Po kilkunastu krokach przystanął i odwrócił się w stronę reżysera.
- Panie Red, byłbym zapomniał! Ćwiczyłem numer z motocyklem. Myślę, że kaskader nie będzie potrzebny.
- Świetnie, człowieku! O to chodzi!

***

W ciągu następnych kilku godzin Winston Watson dowiedział się, jakie umiejętności są niezbędne do wykonywania zawodu tropiciela. Były to między innymi: obsługa broni maszynowej, jazda motocyklem bez trzymanki, obsługa broni maszynowej podczas jazdy motocyklem oraz zeskakiwanie z motocykla podczas obsługi broni maszynowej.
Ekipa przeniosła się na zewnątrz. Na parkingu za halą zbudowano dekorację udającą targowisko. W scenie, która mieli nakręcić, dzielny tropiciel ruszał w pościg za nieuchwytnym przestępcą. By go ująć, mknął ryczącym jednośladem między straganami, wypuszczając z karabinu serie ślepaków. Statyści uskakiwali spod kół, podczas gdy Sylwester taranował pojazdem kosze z owocami.
Watson zastanawiał się, czy w scenach pościgów zawsze musi ucierpieć tyle niewinnych produktów spożywczych.
Nakręcono osiem męczących dubli, po których Red zarządził koniec dnia zdjęciowego. Było późne popołudnie, słońce zaczęło się chylić ku zachodowi. Statyści rozeszli się, scenografowie zbierali szczątki straganów. Winston stał nieopodal w towarzystwie Sylwestra oraz reżysera i przyglądał się porządkom.
- Mamy dużo dobrego materiału – ekscytował się Red. – W postprodukcji dodamy eksplozje. To będzie niesamowita scena!
Olbrzym zerknął na Watsona.
- Mam nadzieję, że wypadłem wiarygodnie.
- Jestem o tym przekonany – odparł tropiciel. Kusiło go, by wyznać, iż tak naprawdę nie ma bladego pojęcia o motorach i broni palnej, ale zaniechał tego pomysłu.
- Fantastycznie! – uradował się Bergmann. – Czuję, że już przez samą pańską obecność jestem lepszym tropicielem.
- Miło mi to słyszeć – rzekł Winston. – Widzowie na pewno docenią pański kunszt.
Zadowolony z siebie olbrzym oddalił się w stronę biurowca.
- Dobra, tyle na dziś – rzucił Red. – Rano ruszamy dalej.
- Więc pozostaje mi życzyć wam powodzenia – odparł Watson.
- Jak to? – reżyser spojrzał nań zdziwiony.
- Przyjacielu, nie zrozum mnie źle, ale do niczego nie jestem wam tu potrzebny. Radzicie sobie idealnie beze mnie.
- Ale konsultacje są niezbędne! Chcę mieć pewność, że realizm…
- Realizm to luksus, którego brakiem zdajecie się nie przejmować. Szanuję twoją pracę, Red, ale byłbym wdzięczny, gdybyś spojrzał na nią trzeźwo. Konsultant jest ci potrzebny jak dziura w moście. Nie sprawię, że twój barczysty gwiazdor zacznie celniej strzelać.
- Może jednak czegoś mógłbyś go nauczyć? – drążył reżyser.
- Tylko czego? – tropiciel spojrzał nań niemal protekcjonalnie. – Rozwiązywania krzyżówek?
Red na chwilę zamilkł, po czym westchnął zrezygnowany.
- Może masz rację.
- Oczywiście, że mam – odparł Winston. – Rachunek za dzisiejszy dzień przyjdzie faksem.
Uścisnął reżyserowi dłoń i już miał ruszać do domu, gdy od strony biurowca wytwórni dobiegł ich huk.
Członkowie ekipy oderwali się od pracy i zadarli głowy. W oknach na kilku piętrach coś niespodziewanie rozbłysło. I po chwili zgasło.
Zadzwoniły szyby. Z fasady oderwało się kilka płatów tynku.
Nim ktokolwiek zdążył się odezwać, wszyscy zrozumieli, co się stało.
- Cóż, może jednak do czegoś się przydam – mruknął Watson.

***

Ruszyli po parkingu w stronę budynku. Przy otwartym wejściu stłoczyła się grupka ludzi.
- Zabrało z pół piętra – relacjonował ktoś, kto właśnie wyszedł ze środka.
- Żebyście widzieli, jaka dziura! – dodał ktoś inny.
- Przepuśćcie mnie – Red łokciami torował sobie drogę do drzwi. Watson podążał jego śladem.
- Niech pan tam nie wchodzi! – przestrzegł operator. – Wszystko się może zawalić!
Ale reżyser nie słuchał. Gdy tylko znalazł się w środku, popędził schodami na górę.
- Red, bądź rozsądny! Tam naprawdę nie jest bezpiecznie! – rzucił za nim tropiciel.
- Trudno! – odkrzyknął tamten.
Watson zawahał się. Budynki zaatakowane przez anomalie nie należały do stabilnych konstrukcji. Potem jednak ciekawość wzięła górę i Winston ruszył po schodach. Tych samych którymi rano prowadziła go sekretarka.
W suficie korytarza na pierwszym piętrze ziała idealnie okrągła dziura. Tropiciel nie podchodził do niej, tylko bez słowa powędrował wyżej.
Na kolejnej kondygnacji napotkał Reda. Mężczyzna stał na skraju schodów, w rozpaczliwym geście trzymając się za głowę. Kawałek przed nim zaczynało się pobojowisko.
Anomalia zaczęła się gdzieś na wysokości czwartego piętra. Rozrosła się, a potem przepadła, zabierając ze sobą wszystko, co zdążyła połknąć – ściany, meble i sufity. W samym środku budynku powstała pusta przestrzeń w kształcie kuli.
Tropiciel stanął obok reżysera i zadarł głowę. Dziura sięgała piątego, może szóstego piętra. Na przepaścią chwiały się poprzecinane w pół meble, tu i tam dyndały kable. Z uciętej rury lała się woda. Z któregoś z wyższych pięter spadła ryza papieru, po drodze zmieniając się w chaotyczny deszcz kartek.
„To cud, że budynek jeszcze stoi”, pomyślał Watson. Anomalia najwyraźniej nie naruszyła struktury nośnej. Jednak ten stan pozornego spokoju mógł nie potrwać długo. Fragmenty konstrukcji, pozbawione oparcia, lada chwila mogły runąć.
- Chodźmy.
- Gdzieś tam był mój pokój – odparł Red, nieobecnym głosem. Wskazał ręką jakiś punkt w przestrzeni.
- Wiem. Ale nic już nie poradzisz.
Reżyser odwrócił się do Watsona z bezradnością na twarzy i chwycił go za klapy płaszcza
- Pod biurkiem miałem sejf – wymamrotał. – Trzymałem w nim scenariusz.

***

Niestety, niewiele dało się zrobić. Policja dokonała oględzin miejsca ataku i spisała protokół. Red tak gorliwie namawiał funkcjonariuszy do zrobienia wszystkiego, co w ich mocy, by odnaleźć zgubę, że aż zagrozili mu aresztem. Watson odciągnął reżysera na bok, by oszczędzić mu wstydu.
Poszukiwania nie trwały długo – już następnego dnia nadeszła depesza z okolic Petersburga, że na ogródki działkowe spadła plątanina biurek, skoroszytów i betonu. Na szczęście nikt nie ucierpiał.
Wśród znalezionych dokumentów, a nie było to łatwe, bo wiatr rozniósł papierzyska po całej okolicy, petersburska policja znalazła fragmenty kilkunastu scenariuszy. Red wsiadł do samolotu i jeszcze tego wieczoru pomagał przetrząsać rumowisko.
Tekst o tropicielu przepadł.
- Anomalia mogła się rozdzielić – tłumaczył Watson. – To się zdarza.
Wiedział jednak doskonale, że zmniejsza to szanse na odnalezienie scenariusza do minimum.
Zamieszanie trwało jeszcze jakiś czas. W końcu Red zrezygnował i zamknął się w domu, by, jak twierdził, napisać wszystko od nowa.
Prace nad filmem wstrzymano do odwołania.
Tropiciel wrócił do codziennych obowiązków i showbiznesowy epizod w jego życiu powoli zaczął pokrywać się patyną historii.
Aż do momentu, gdy pewnego popołudnia zadzwonił telefon.
- Winston Watson? – męski głos w słuchawce był spokojny i dystyngowany.
- We własnej osobie.
- Nazywam się Newski. Jestem producentem filmowym, reprezentuję wytwórnię Potiomkin Pictures. Dzwonię, by zaproponować panu współpracę.

***

Budynek Potiomkin Pictures w niczym nie przypominał siedziby Moscowoodu. Tropicielowi kojarzył się raczej z wiktoriańskim pałacem o wielkich oknach i malowniczych wieżyczkach.
W holu powitał Winstona smukły jegomość w eleganckim garniturze. Mężczyzna miał może pięćdziesiąt lat. Jego siwe włosy były starannie zaczesane do tyłu.
- Witam w mych skromnych progach – odezwał się głębokim, dostojnym głosem, podając gościowi dłoń. Miał długie, kościste palce. „Jak pianista”, pomyślał tropiciel. „Albo wampir.”
Skojarzenie to sprawiło, że poczuł się nieswojo. Szybko jednak doszedł do siebie.
- Nie takich znów skromnych – odparł, omiatając wzrokiem obrazy, którymi obwieszono ściany holu. Każdy z nich musiał kosztować równowartość sportowego auta.
- Zapraszam tędy – Newski poprowadził gościa do pobliskich drzwi, za którymi mieścił się salon. Tam skierował Watsona na wielką, skórzaną sofę, samemu zajmując miejsce na fotelu nieopodal.
W dalszej części pomieszczenia stał stół bilardowy o rozmiarach lotniskowca. Na ścianie obok pysznił się olejny portret przedstawiający, jak się wydawało, samego Newskiego.
- Tak, to ja – poinformował producent, uprzedzając pytanie. – Lubię eleganckie dodatki. Napije się pan czegoś? Może whisky?
- Nie, dziękuję – odparł Winston, tłumiąc dreszcz obrzydzenia, jaki wstrząsnął nim na myśl o szkockiej. – Unikam… picia w pracy.
- Słusznie, interesy na pierwszym miejscu – Newski pokiwał głową. – Zatem przejdźmy do konkretów.
- Zamieniam się słuch.
- W nadchodzącym czasie planuję sfinansować kilka ciekawych projektów. Jednym z nich jest film o życiu tropicieli – rewizjonistyczna historia z metafizycznym przesłaniem i ostrą wiwisekcją ludzkiej psychiki w ekstremalnych sytuacjach.
Watson z wysiłkiem przełknął ślinę.
- Zaiste, brzmi interesująco – odrzekł.
- Bardzo mnie to cieszy. Nie ukrywam, że zależy mi na fachowej opinii kogoś z pańskiej branży. Chcę nadać projektów niezbędnej głębii, by stosownie uwypuklić aspekty estetyczne i emocjonalne. Rozważałem także nakręcenie całego filmu w jednym ujęciu, by podkreślić płynność procesów zachodzących we współczesnym świecie.
- Ach, rozumiem – tropiciel pokiwał głową, jednak bez przekonania.
Nie uszło to uwadze Newskiego.
- Wszystko w porządku? Mam wrażenie, że mina panu zrzedła.
- To nic takiego – odparł Winston. – Po prostu zaczynam się zastanawiać, kiedy stałem się tak popularny. Nieczęsto otrzymuje się dwie podobne propozycje w tak krótkim czasie.
- Co takiego? – pobladł producent. Jego twarz stężała.
- Niedawno poproszono mnie o pomoc w podobnym projekcie. Niestety, prace zostały wstrzymane.
Newski przez dłuższą chwilę wpatrywał się w Watsona nieruchomym wzrokiem. Potem zerknął na zegarek, klasnął w dłonie i – ku zdziwieniu gościa – roześmiał się.
- Ależ ze mnie dureń – rzekł, wstając z fotela. – Na śmierć zapomniałem, że mam pilne spotkanie w Instytucie Kinematografii. Czy będzie wielkim nietaktem, jeśli przerwiemy nasze spotkanie i dokończymy je następnym razem?
- Ależ oczywiście, że nie – zaprzeczył Watson, wstając. O co tu, u licha, chodzi? – pomyślał.
- Znakomicie! – Newski ruszył z tropicielem w stronę wyjścia z salonu. – Doprawdy, strasznie mi wstyd. Zupełnie o tym zapomniałem – uśmiechnął się z zakłopotaniem.
Winston już był skłonny uwierzyć, iż faktycznie zaszło nieporozumienie, gdy drzwi otworzyły się i pojawił się w nich nie kto inny, jak Sylwester Bergmann.
Wszyscy trzej stanęli jak wryci.
Olbrzym otworzył ze zdziwienia usta. A potem radośnie zahuczał:
- Pan Watson! Co za niespodzianka!
Tropiciel kątem oka zobaczył jak uśmiech znika z twarzy Newskiego niczym śnieg rzucony na gorącą blachę. Producent spąsowiał.
- Czy to znaczy, że znów będziemy współpracować? – w oku Sylwestra pojawił się błysk.
- Nie – uciął Newski. – Pan Watson właśnie wychodzi.
- Ale może chociaż rzuci okiem na scenariusz pana Reda?
- Zamilcz, do kroćset! – zagrzmiał producent. Osiłek spuścił nos na kwintę.
No tak, pomyślał tropiciel. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? To robota dla policji.
- To ja może faktycznie już pójdę – wtrącił, jak gdyby nigdy nic.
Podszedł do drzwi, chcąc wyminąć olbrzyma.
Wtem odezwał się Newski.
- Sylwestrze, pan Watson chce odebrać ci rolę.
- Co takiego? – spytali jednocześnie wielkolud i tropiciel.
- Właśnie w tej sprawie do mnie przyszedł – ciągnął producent. – Powiedział, że zna swój fach od podszewki i poradzi sobie lepiej niż ten tępak, którego zatrudniłem.
Sylwester zmarszczył brwi i wbił wzrok w Winstona.
- To prawda? – spytał, tarasując ciałem wyjście.
- Ależ skąd – obruszył się gość. – Pański pracodawca raczy żartować.
- W interesach nigdy nie żartuję – spokojnie odparł Newski. – Zamknij drzwi.
Bergmann wykonał polecenie i z groźną miną zrobił krok w stronę Watsona.
- Chyba przestaję pana lubić – mruknął doń.
Tropiciel cofnął się.
Na twarz Newskiego powrócił uśmiech. Jednak tym razem był drapieżny.
- A teraz, drogi Sylwestrze, pokaż naszemu gościowi, co spotyka ludzi, którzy obrażają moją ekipę.
Bergmann zbliżał się do tropiciela z zaciśniętymi pięściami. Ten, nie mając najmniejszej ochoty na udział w bójce, jął cofać się przez salon, nie spuszczając oka z napastnika.
- Obawiam się, że zaszło nieporozumienie.
- Nie słuchaj go, Sylwestrze – odezwał się Newski gdzieś zza pleców wielkoluda.
- Bądźcie rozsądni. Zwędziliście cudzy scenariusz i wydaje wam się, że nikt się nie połapie, gdy go zrealizujecie?
Producent westchnął.
- Po pierwsze, nie mam zamiaru filmować tych bzdur. Przyznaję, jest w tym tekście kilka ciekawych pomysłów, które może wykorzystam, ale zanim go nie przeczytałem, nie miałem o tym pojęcia.
- Więc po co to wszystko? – Watson zerknął na Newskiego.
- Powiedzmy, że lubię wiedzieć, co robi konkurencja. Znając ślimacze tempo, w jakim pracuje Moscwood, zdążyłbym zrealizować co ciekawsze pomysły, zanim tamci skończyliby film.
- Zaciągną was do sądu. I będą mieli rację.
- A kto nam cokolwiek udowodni? Red Deakins to frajer, nikomu nie pokazał, co napisał. A potem tekst zabrała anomalia. Trudno o lepsze alibi!
- Ale oczywiście to nie była jej sprawka, prawda?
- Oczywiście, że nie. Ale nie powiem, bardzo ułatwiła nam sprawę. Gdy się pojawiła, Sylwester właśnie wychodził z budynku z zawiniątkiem pod pachą.
Tropiciel wbił wzrok w wielkoluda.
- Okradłeś Reda! Wstydź się! – skarcił go.
Przez twarz Bergmanna przemknął cień wahania. Jednak osiłek nie zatrzymał się.
- Pan Newski obiecał mi, że po tym filmie zostanę gwiazdą.
- Wspaniale – tropiciel przewrócił oczami – ale obawiam się, że gdy to się skończy będziesz co najwyżej gwiazdą aresztu.
Wtem wpadł na coś siedzeniem. Zatrzymał się zaskoczony i zerknął za siebie. No tak, dotarł aż do stołu bilardowego.
- Koniec spaceru – Sylwester uniósł pięść i uśmiechnął się złowrogo. – A teraz oduczę pana podbierać innym role.
„Do licha”, przeklął w duchu tropiciel. „A dopiero byłem u dentysty.”
Wtem niespodziewanie coś przyszło mu do głowy.
- Ależ możesz ją sobie wziąć! Z chęcią zrezygnuję.
Olbrzym zatrzymał się w pół kroku, z uniesioną pięścią.
- Naprawdę? – brwi powędrowały mu niemal na czubek głowy.
- Naprawdę – odparł Watson. – Ale dam ci dobrą radę. Jeśli nie chcesz, by twoja kariera ucierpiała, też przemyśl swój udział w tym przedsięwzięciu.
- Dlaczego? – sylwestrowa pięść rozluźniła się i powoli powędrowała w dół.
- Ten film to zupełny gniot. Kompletne nudy. Wiesz, że nie będziesz mógł wykonać numeru z motocyklem?
Bergmann rozdziawił usta i spojrzał przez ramię na Newskiego.
- Nie będzie motocykla? – spytał tonem dziecka, któremu odebrano zabawkę.
- Oczywiście, że będzie! – żachnął się producent.
- Nie słuchaj go – wtrącił Winston. – Czytałem scenariusz. Tropiciel przez cały czas łazi w nim po kątach i wzdycha. Patrzy w lewo, patrzy w prawo. Nic się nie dzieje.
- Ależ pan wcale… – zaprotestował Newski.
Lecz Watson nie dał mu dojść do słowa.
- Niech pan nie protestuje! Przyszedłem tu właśnie po to, by zrezygnować ze współpracy. Nie rozumiem, dlaczego wprowadza pan biednego Sylwestra w błąd.
Wielkolud wbił w producenta pytające spojrzenie. Oddychał ciężko, jakby zaraz miał wybuchnąć. Tropiciel w przyjacielskim geście położył mu dłoń na ramieniu.
- Mówię ci, jak aktor aktorowi. Jeśli w tym zagrasz, ludzie cię wyśmieją. Chyba nie chcesz, by wytykano cię palcami?
- Nie – sapnął Bergmann. – Dlaczego mi pan o tym nie powiedział? – spytał Newskiego.
- Sylwestrze, bądź rozsądny – uspokajająco odparł producent. W jego oczach czaiła się jednak niepewność.
- Chcę numeru z motorem! – rozpaczliwie krzyknął wielkolud, ruszając na Newskiego.
Tamten chciał uciec, ale Bergmann chwycił go za kołnierz, uniósł w górę i z impetem przyparł do ściany. Salon zadrżał w posadach. Portret Newskiego urwał się i grzmotnął ramą o podłogę.
- Chcę numeru z motorem! – powtórzył Sylwester, hucząc tłamszonemu nieszczęśnikowi prosto w twarz.
- Już d… dobrze… – wyjąkał przerażony producent. – B… będzie mo… motor….
- I strzelanina ma być! – osiłek potrząsnął nim jak kukłą. – Z eksplozjami!
- Będzie! Wszystko będzie, do diabła! – rozpaczliwie wykrzyczał Newski.
Tymczasem Watson nie czekał na dalszy rozwój wypadków. Gdy mężczyźni zajęci byli sobą, czmychnął w stronę wyjścia. Dopiero gdy przebiegał przez hol, usłyszał gdzieś z tyłu dudniący głos olbrzyma:
- Hej, niech pan wraca!
Nie odwracał się. Wybiegł na podjazd i wpadł do samochodu. Kabriolet ruszył, wyrzucając spod kół drobne kamienie.

***

- Sylwester, kto by pomyślał – z niedowierzaniem westchnął Red. – Gdzie teraz jest?
- Na komisariacie – odparł Watson. – Policja chciała zadać mu kilka pytań. Co prawda mieli mały problem z wepchnięciem go do radiowozu, ale w końcu podstawili furgonetkę – uśmiechnął się na wspomnienie tej sytuacji.
Stali na parkingu przed budynkiem Moscwoodu, tuż przy aucie tropiciela.
- A Newski?
- Też przepytany.
- Jak tylko wieść o kradzieży się rozniesie, gość będzie spalony w środowisku.
- To chyba dobrze? – spytał Winston.
- No pewnie, stary! Niech ma za swoje. Martwi mnie co innego.
- Mianowicie?
- Bez jedynej kopii scenariusza czy kilku pięter budynku mógłbym w końcu wrócić do realizacji filmu. Bez odtwórcy głównej roli – już nie.
- Fakt – zafrasował się Watson.
- Słuchaj, a może ty zagrałbyś tropiciela? – ożywił się reżyser. – Merytorycznie jesteś świetnie przygotowany.
- Dziękuję, ale nie – odparł Winston, wsiadając do samochodu. – To nie dla mnie.
- Ale dlaczego? – Red nie dawał za wygraną, nachylając się do otwartego okna.
- Nie umiem strzelać, ani jeździć na motorze.
- Przerobiłbym fabułę.
- Zostaw ją, jak jest – tropiciel machnął ręką i zamyślił się na chwilę. – Ale wiesz, może mógłbym ci kogoś podsunąć – z rozbawieniem zastanowił się, jaką minę zrobiłby komisarz Doyle, gdyby zadzwonił doń ktoś z wytwórni.
- Dzięki, stary! – ucieszył się reżyser. – Dzięki za wszystko! I wybacz, że ciągle mówię ci “stary”. To silniejsze ode mnie.
Watson uruchomił silnik.
- Nie ma sprawy, człowieku – odparł, ruszając.

Copyright © Maciej Musialik 2011

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.